|
Wstęp
Preludium
Przebieg walk
Po bitwie
Zdjęcia
Inne
|
Walki o Gdynię
Do natarcia na Gdynię 19 marca sowieci przeznaczyli całą 19 A wspartą przez 8 K
zmech. gw oraz 4K lotnictwa szturmowego. Rokossowski sądził, że tak wielkie siły
będą w stanie zdobyć Gdynię po jednym dniu walki, jego nadzieje zostały szybko
rozwiane po pierwszej próbie przełamania pierścienia obrony Gdyni.

Nocą 22 marca Rosjanie dotarli do Orłowa i Kolibek, odcinając w ten sposób
zgrupowanie gdyńskie od pozostałych jednostek 2A. Wojska niemieckie wycofały się
na wewnętrzny pierścień obrony. Front wokół Gdyni przebiegał przez Redłowo -
Mały Kack - Witomino - Chylonię - Kazimierz - Rewę.
W Chwarznie okrążona załoga działa przeciwlotniczego broniła się do ostatniego
pocisku. Po zaciętych walkach wydostała się z okrążenia i dotarła do wycofujących
się niemieckich jednostek.
23 marca toczyły się walki w północnej części Chylonii. Tego dnia Rosjanie
zdobyli Płytę Redłowską.
Major von Ritgen, oficer sztabu niemieckiej 227 dywizji piechoty wspominał w
pewnej relacji: "25 marca zbliżał się koniec. Przeciwnik osiągnął głębokie
włamanie w nasz front w Redłowie i Witominie... Nie było już możliwości
stawiania oporu na południe od Gdyni. Także z Gdańska przychodziły złe
wiadomości. Przeciwnik przedarł się od Sopotu przez Jelitkowo do Nowego Portu i
zablokował Wisłoujście i port".
Na stanowisku dowodzenia 227 dywizji piechoty, rozlokowanym teraz na Kamiennej
Górze, major Ritgen widział, jak miasto paliło się w wielu miejscach, jak sieć
trolejbusowa zwisała bezładnie nad Adolf Hitler Strasse (Świętojańską). Pod
ostrzałem przebywał kilka razy drogę z Kamiennej Góry do portu.
Zołnierz dywizji Gross Deutschland tak relacjonuje sytuację w mieście: "W
podmiejskich dzielnicach trwają już zażarte walki. W przeciągu kilku dni miasto
zmieniło się nie do poznania. Wszędzie widać ruiny; w powietrzu roznosi się
silny zapach gazu i spalenizny. Główna ulica prowadząca prosto do portu jest
całkowicie zniszczona. Gruzy zawalonych domów sięgają aż po środek jezdni,
tarasując przejazd. Wraz z tysiącami innych odgruzowujemy ulice, aby wypełnione
cywilami ciężarówki mogły jak najszybciej dostać się do portu. Mimo
pojawiających się co pięć - dziesięć minut samolotów, praktycznie nie opuszczamy
ulicy. Spadają na nią bomby i trawią ją pożary dwadzieścia - trzydzieści razy
dziennie. Trzeba było przeżyć Białgoród i Kłajpedę, aby teraz nie strzelić sobie
w łeb. Zabitych i rannych nie sposób już zliczyć. Sztuką jest spotkać kogoś
całkiem zdrowego.
Rozjuszone, wierzgające konie, oszczędzone zapewne przez służby zaopatrzeniowe,
ciągną szereg przedstawiających opłakany widok sani wypełnionych trupami
owiniętymi w brezent, a nawet w papier. Trzeba oczyścić ulicę z ciał i pochować
je pośpiesznie przy nieustannym ostrzale prowadzonym przez Iły-2. Wycieńczeni
ludzie stoją nieruchomo, jak nieprzytomni, na zwałach ruin, stanowiąc doskonały
cel dla sowieckich lotników. Mało tego - nawet horyzont od zachodu i
południowego zachodu ma czarno-czerwoną barwę. Na przedmieściach trwają już
walki o każdą ulicę i każdy dom. Tysiące cywili ciągle czekają w porcie i
okolicach, mimo że ciężkie pociski artyleryjskie eksplodują czasem nawet na
nabrzeżach.
W tym nieopisanym chaosie docierają do nas prawdziwe i fałszywe wieści: Rosjanie
zostali odepchnięci w kierunku zachodnim; za sowieckimi pozycjami zbliża się
idąca nam na odsiecz niemiecka dywizja. Rosjanie dotarli już do morza między
Gdynią a Gdańskiem... Jesteśmy raczej skłonni uwierzyć w tę ostatnią. Jeśli
punkt oporu został rozbity na dwie części, klęska jest tylko kwestią czasu."
Sztab 227 dywizji, który rozmieścił swoje punkty dowodzenia w domach na
południowych stokach Kamiennej Góry, został zupełnie sparaliżowany -
przechodziły nad nim salwy ciężkiego ognia artylerii. Powietrze wypełniał pył i
dym. Szosa z Gdyni do Sopotu znajdowała się pod nieprzerwanym ostrzałem - w
oparach i ogniu nie można już jej było rozpoznać... Stanowiska dowodzenia, od
dawna przygotowane do obrony okrężnej w piwnicach domów na Kamiennej Górze,
drżały od uderzeń pocisków wszelkiego kalibru.
Zadania dowództwa stawały się coraz bardziej szczegółowe. Najważniejszy był
dowóz amunicji, który szedł morzem przez niewielką zaimprowizowaną przystań u
podnóża Kamiennej Góry. 21 marca przybyły 453 tony amunicji, potem na mniejszym
statku 233 tony. Trzeba było też utrzymać łączność z najmniejszymi punktami
obrony. Nie widziało się paniki, ale nieludzkie zmęczenie i czasem rezygnację;
od tygodnia nie spali, właściwie tylko na wyrywki drzemali. Dzień i noc byli na
nogach, silny ogień Rosjan zużywał ich psychicznie, a sukcesy przeciwnika
przygnębiały. Nie mówili tego do siebie, ale znaleźli się u kresu sił fizycznych
i duchowych. W pomieszczeniach dowódczych stłoczyli się motocykliści,
sanitariusze i ludność cywilna.
Przez jedyny nie zerwany kabel telefoniczny dowództwo VII korpusu pancernego,
któremu podlegała 227Dp, wydało z Oksywia rozkaz przeniesienia stanowiska
dowodzenia dywizji do portu, do wielkiego bunkra przeciwlotniczego zbudowanego
na molu 4 basenu. 227 dywizja piechoty, w której obronę współorganizował major
von Ritgen, była - patrząc od strony pozycji niemieckich - krańcową
lewoskrzydłową dywizją na froncie gdyńskim: obok niej walczyły 151, 32, 215
dywizje piechoty, nie licząc licznych uformowanych ostatnio batalionów piechoty
i artylerii.
Prawoskrzydłowa 215 dywizja broniła północnego odcinka miasta, łącznie z
budynkiem Wyższej Szkoły Morskiej. Ogólne dowództwo nad tymi jednostkami
sprawował dotychczas 46 korpus pancerny, znany nam z walk pod Janowem. Jego
trzonem nadal była 7 dywizja pancerna i 4 zmotoryzowana dywizja grenadierów
pancernych SS-Polizei. Cztery dywizje broniące bezpośrednio Gdyni były
uzupełniane, na front ściągało się wszystkich, którzy nadawali się do walki.
Oficer 215 dywizji piechoty, która walczyła na odcinku Witomina, a następnie
Cisowej, tak widzi sytuację:
,, Miasto przypominało jakiś piekielny kocioł czarownic; samochody napływały ze
wszystkich stron i przeciągały ulicami, trzeba było jakoś rozmieszczać
uciekinierów, żandarmeria polowa starała się utrzymać porządek. Granaty
rosyjskiej artylerii biły w domy, bez przerwy atakowały port samoloty bojowe, a
silna artyleria przeciwlotnicza marynarki potężnym ogniem wypełniała powietrze.
Na morzu na redzie stał na kotwicy, jaśniejąc burtami, ciężki krążownik "Prinz
Eugen" i uderzał ciężkimi salwami, które nękały Rosjan. Jednak walczącej
piechoty ten ogień artylerii okrętowej prawie nie odciążał. Wciąż jeszcze biła
się 215 dywizja piechoty jako zgrana i zdolna do akcji jednostka, jednak
pododdziały ciężkiej broni z dnia na dzień zmierzały ku likwidacji. Działa pułku
artyleryjskiego i działa piechoty częściowo zostały utracone lub nie było już do
nich amunicji. Przy ataku na Cisową, gdy batalion zażądał ognia zaporowego,
dywizjon artylerii oddał wszystkiego trzy strzały, z czego jeden odłamkowym, a
dwa granatami dymnymi. Artylerzyści zostali zebrani w bataliony kanonierów i
użyci na froncie jako piechota. Także kompanie dział piechoty leżały od dawna na
pierwszej linii jako kompanie strzeleckie. Dokładnie tak samo wiodło się
pododdziałom transportowym, kolumnom samochodowym i konnym. Po prostu nie były
potrzebne, ponieważ droga z portu na linię ognia wynosiła parę kilometrów..."
"...25 marca front musiano cofnąć na tak zwany "pierścień twierdzy Gotenhafen".
Z wysiłkiem i biedą udało się pułkom 215 dywizji piechoty zająć nowe pozycje
przed nacierającymi Rosjanami. Batalion barona Fabera z 380 pułku musiał zająć
stanowisko, szeregiem ataków wywalczyć je, ponieważ Rosjanie go wyprzedzili.
Gdynia była zapchana taborami, sztabami, pojazdami i uciekinierami. Bez przerwy
wchodziły do portu okręty Kriegsmarine, zabierały rannych i cywilną ludność na
Hel lub dalej wielkimi statkami, które stały na redzie na kotwicy. W mieście
kompletowano wciąż kompanie i bataliony z niepotrzebnych już jednostek
transportowych, sztabów biur marynarki, jednostek przeciwlotniczych. Tysiącami
posyłano tych niewyszkolonych ludzi ca front, którego linia przebiegała o sto
metrów od skraju miasta. Te oddziały miały tylko niewielką wartość bojową.
Straty w zabitych i rannych rosną coraz bardziej. Każdy nieprzyjacielski granat
musiał w tych warunkach trafiać!
Wieczorem 25 marca Rosjanie ustawili gigantofony, przez które wzięci do niewoli
niemieccy oficerowie wzywali naszych żołnierzy do kapitulacji lub przechodzenia
przez linię frontu..."
Po utracie Kamiennej Góry Niemcy zaczęli powoli wycofywać się z terenu Gdyni.
Nocą 27 marca wszystkie tabory oraz cała artyleria 227 Dp zostały przerzucone na
Kępę Oksywską. Jednak piechota dywizji wciąż walczyła o południową część portu.
Istniało spore zagrożenie okrążenia oddziałów 227 Dp, gdyż od strony Chyloni
radziecki klin nieuchronnie zbliżał się do ujścia rzeki Chylonki. Niemcy
obawiali się odcięcia oddziałów znajdujących się jeszcze w okolicach Gdyni od
pozostałego zgrupowania na Kępie Oksywskiej. Wieczorem 28 marca oddziały 227 Dp
w małych grupach zaczęły się wycofywać w stronę kępy. Rankiem 29 marca
południowa część portu została całkowicie zajęta przez Rosjan.
28 marca według zeznań niemieckich żołnierzy - dzienna racja żywnościowa
wynosiła: 250 gramów chleba, 20 gramów margaryny i litr rzadkiej zupy. Tego dnia
na Oksywiu od ognia radzieckiej artylerii zapaliły się zbiorniki z ropą. Ranny w
obie nogi został dowódca 7 dywizji pancernej generał leutnant Mauss. To, co mu
zostało z czołgów, było już używane tylko w charakterze nieruchomych punktów
ogniowych
Po zakończeniu walk o Gdynię wszystkie niemieckie jednostki wycofały się na Kępę
Oksywską
|
|