|
Wstęp
Preludium
Przebieg walk
Po bitwie
Zdjęcia
Inne
|
Mierzeja Wiślana
- fragment książki Waldemara Nocnego "Wyspa Sobieszewska" opublikowany za
zgodą autora: valdi@infinity.net.pl
W czasie zimowej ofensywy Armii Radzieckiej transporty niemieckiej ludności
cywilnej kierowały się na obszar Pomorza Gdańskiego, w tym również na Mierzeję
Wiślaną. Ucieczkę utrudniały mrozy, brak transportu i bombardowania. Zarządzenia
ewakuacyjne wydawano w ostatniej chwili, co nakładało się na odwrotowe operacje
wojsk. Wiele tysięcy uchodźców przybywało na Mierzeję Wiślaną, licząc na
ewakuację okrętami, stojącymi w Zatoce Gdańskiej. Ludność cywilna próbowała
przedostać się na mierzeję poprzez Zalew Wiślany Niezbyt gruby lód załamywał się
pod ciężarem ludzi i zwierząt - nie uzyskując żadnej pomocy, tonęli w lodowatej
wodzie. Ci, którzy przebyli ścięty mrozem zalew, nad brzegiem morza nie znaleźli
ratunku.
W tym czasie z zagrożonego bezpośrednio Gdańska wywożono dobra kultury, archiwa
i urzędowe materiały. Wielką ich liczbę zgromadzono w willi gauleitera A.
Forstera na wyspie sobieszewskiej. Tam też, u podnóża wzgórza, na którym stalą,
już w 1943 roku zbudowano dwa duże baraki magazynowe. Składowano w nich zdobycz
wojenną pozyskaną na wschodzie, segregowano i przekazywano dalej do Rzeszy
W nocy 28 marca, gdy Gdańsk był już dla Niemców stracony, oddziały 4. Dywizji
Pancernej odeszły na wschód wraz z ostatnimi mieszkańcami, którzy zdecydowali
się porzucić miasto. Hans Schauiler, porucznik 35 PanzerRegimentes, tak opisywał
ten czas
"Później musieliśmy opuścić wyspę Stogi, i odbiliśmy drugą odnogą Wisły koło
Górek Wschodnich i Sobieszewa. Tam utworzyliśmy wahadłowy transport promowy na
Hel i przenieśliśmy się do Świbna. (...) Po południu 5 kwietnia padł rozkaz
opuszczenia Oksywia jakkolwiek o wiele za późno. Specjalnymi barkami przewieźli
saperzy nasze czołgi na wschodni brzeg odnogi Wisły, gdyż Sowieci deptali już
nam po piętach. (...) I po przekroczeniu drugiej odnogi Wisty prędko znów
znaleźliśmy się na piaszczystej wyspie, jako że delta Wisły rozpościerała się na
szerokość około (60 km od Nowego Portu do Elbląga). Nazywaliśmy ten kawałek lądu
wśród wody, pomiędzy Wisłą i Bałtykiem - Komarową Wyspą.
Tutaj, poza zasięgiem sowieckiej artylerii, kłębił się niesamowity tumult ludzi.
Gwar różnojęzyczny tych ludzi z wszystkich ziem Pana Boga przywodził nieodparcie
historię budowy wieży Babel, nie tylko dlatego, że wszystko działo się między
dwiema rzekami. Wszędzie kopano i grzebano z wielkim przejęciem. Prawie
wszystkie narody Europy były tu reprezentowane.
Jako pierwszych spotkałem 32 wziętych do niewoli angielskich oficerów, którzy
przed około czterema tygodniami w okolicach Borów Tucholskich przeszli poza
nasze linie ściśle według wojennego zwyczaju, z białą chorągwią i
parlamentariuszem na czele... Sytuacja była wtedy tak pokręcona, że musieli
przez trzy dni pozostać na stanie żołnierzy naszego pułku, zanim przeniesiono
ich gdzie indziej. W tym czasie dobrze się zrozumieliśmy i zaprzyjaźniliśmy.
Teraz oczekiwali oni, jak sto tysięcy innych, na statek płynący na zachód. Potem
coraz częściej widziałem, że u rodzin chłopskich z Prus Wschodnich i Zachodnich
byli jeńcy francuscy, którzy z wielkim przejęciem troszczyli się o "swoje
rodziny". Bardzo uważali, by się nie pogubiły. Byli oni często jedynymi
mężczyznami tej wędrówki, jeżeli nie liczyć zgrzybiałych starców. (...)
Nieco na uboczu „prostego ludu" trzymali się z rezerwą panowie z Reval i Rygi, w
futrzanych płaszczach, z ciężkimi skrzyniami i kuframi okrętowymi. Wykłócali się
ze swoją niedawną służbą, która, w obliczu całkowicie zmienionej struktury
społecznej, już nie chciała ich słuchać. Na jakiejś kopie ziemi siedziała w
kucki grupa Polek, które chciały razem z nami uciec na zachód, gdyż obawiały się
gniewa swoich zwycięskich rodaków. W każdym razie były zdrowo wystraszone, cicho
szeptały między sobą. Tu i tam dyskutowali rosyjscy ochotnicy, byli
czerwonoarmiści, którzy aż do teraz wytrwali po naszej stronie. Musieli szybko
decydować, dokąd iść. Dla nich sytuacja była szczególnie tragiczna".
Tak więc na zakończenie działań wojennych czekali mieszkańcy Prus Zachodnich i
Wschodnich. Litwini, Estończycy, Francuzi, Anglicy, Polacy, korzystając z kuchni
polowych i kotłów pomocniczych armii. Mnóstwo koni wojskowych i należących do
uciekinierów poszło pod nóż. Wyżywienie i opieka medyczna dla tak wielkiej
rzeszy ludzi były dobrze zorganizowane, mimo braku medykamentów i podstawowych
produktów żywnościowych. W tym czasie marynarka wojenna, korzystając ze statków
i mniejszych jednostek, promów oraz wszelkiego rodzaju lodzi, systematycznie, po
utracie przez wojska niemieckie Gdańska i Gdyni, przewoziła cywilów i wojskowych
na Hel, by stamtąd mogli się dostać na wielkie jednostki transportowe. "
„Z dnia na dzień - pisał Hans Sehaufler - pustoszały coraz bardziej lasy i
wydmy. Nigdzie nie wyczuwało się paniki. To nas uspokajało po wściekłych
tygodniach spędzonych w Gdańsku".
Dni te wykorzystano na nową organizację oddziałów i uzupełnienie wykrwawionych
kompanii. "Nasz oddział czołgów 1/35 dysponował jeszcze dwudziestoma gotowymi do
służby wozami bojowymi - wspominał H. Sehaufler - Załogi zniszczonych czołgów
walczyły ofiarnie w Gdańsku z pistoletami maszynowymi i pięściami pancernymi w
ręku. Straty były bardzo bolesne".
Sztaby i służby tyłowe zostały znacząco zmniejszone albo rozwiązane; pisarze,
motocykliści, personel sztabowy, warsztatowcy przydzieleni zostali do oddziałów
bojowych. Dla wielu był to prawie wyrok śmierci, gdyż nie mieli pojęcia o
służbie liniowej. Uciekali się więc niejednokrotnie do różnych zabiegów, by wraz
z rannymi wyrwać się jak najszybciej z wyspy. Żandarmeria polowa bezwzględnie
pilnowała porządku. Badała papiery wyjeżdżających na każdym punkcie kontrolnym.
Kto próbował innych dróg, był wieszany z tabliczką: "Za zhańbienie sztandaru -
skazany na śmierć".
Wisła była przeszkodą nie tylko dla atakujących, lecz również dla oddziałów
niemieckich, próbujących się przegrupować. Wielką rolę w tym czasie odgrywał
prom kursujący między Świbnem a Mikoszewem, na tyle obszerny, że mógł zabrać
jednorazowo kompanię wojska. Utrzymywał ciągłą komunikację przez Wisłę pod
ogniem artylerii i samolotów. Kierowany przez przewoźników wykonujących swą
pracę w oszklonej ambonie promu, zakończył służbę, odpływając w ostatnich dniach
wojny, pełen żołnierzy, poprzez Bałtyk do Kilonii..
Nieopodal przeprawy, na obu brzegach rzeki, saperzy zbudowali przystanie, skąd
zabierano uciekinierów i rannych łodziami saperskimi i promami marynarki w
stronę Helu. Na redzie niewielkiego portu czekały transportowce, by zabrać
uchodźców. Szybko ich ubywało, lecz bezustannie przybywali następni, docierając
do Wisły z Mierzei Wiślanej. Obozowali w lasach sosnowych, w schronach ziemnych,
po obu stronach rzeki, podzieleni na tysiącosobowe grupy. Ponosili znaczne
straty podczas ciągłych nalotów.
Samoloty myśliwskie i bombowce panowały w powietrzu, atakując cele w ciągu dnia,
nocą zastępowały je dwupłatowce, powolne, ale również powodujące zniszczenia.
Żołnierze niemieccy nazywali je: sowy nocne, mgliste wrony, Natasze czy nawet
-jodłujące na podajniku taśmowym.
Na Zatoce Gdańskiej, w odległości 5-10 kilometrów od ujścia stały trzy potężne
okręty wojenne: "Prinz Eugen", "Leipzig" oraz "Schlesien". Nie włączały się do
walk powietrznych, artylerii przeciwlotniczej używały dopiero przy bezpośrednich
atakach samolotów radzieckich. Skutecznych trafień lotnicy nie uzyskali, mimo
ciągłych prób myśliwców bombardujących i samolotów torpedowych. W ostatnich
dniach wojny zaniechano ataków. Okręty pełniły więc rolę wsparcia moralnego dla
wojska i ludności cywilnej, znajdującej się na mierzei, nie pozwalając
jednocześnie na wpływanie do zatoki okrętów marynarki radzieckiej.
Po zajęciu Królewca (10 kwietnia) przez oddziały marszałka Wasilewskiego, Armia
Czerwona z ogromnym impetem zaatakowała Sambie. Sztab niemiecki podjął próbę
przeciwstawienia się szybkiemu zajęciu Mierzei Wiślanej od strony Pilawy.
Kierownictwo nad resztkami 4. Armii przejął generał D. von Saucken. Istniejącej
jeszcze częściowo 4. Dywizji Pancernej, głównie stacjonującej na wyspie, zlecono
wystawienie pancernej grupy bojowej. Podlegała ona 2- Armii. Dowodził nią major
von Heyden, a składała się z 12. Pułku Grenadierów Pancernych, 2. Oddziału 103.
Pułku Artylerii Pancernej i ocalałych wozów bojowych 305. Pułku Pancernego.
W kwietniu i maju nie toczyły się na wyspie żadne walki. Ciągle newralgicznym i
niebezpiecznym punktem była tylko Wisła i przeprawy przez nią. Porucznik Hans
Sehaufler, wyznaczony do pancernej grupy bojowej, tak zapamiętał końcowe dni
wojny, które spędził w walce na wschód od wyspy:
"Ostatnie dni niegodziwej wojny, o których żaden korespondent wojenny nie
napisał, były najcięższe do zniesienia, gdyż przerażająca niewiedza o
przyszłości i mroczne zwątpienie pożerały nasze serca, a bezwzględna walka już
nie o zwycięstwo, ale o życie, odejmowała naszym ciałom resztki sił.
Pozbawieni broni żołnierze, w starganych mundurach, z oczyma bez wyrazu, o
szarych twarzach, z których wyzierało przerażenie, sunęli dzień i noc w odwrocie
po trzęsącej się drodze z pni drzewnych na Mierzei Wiślanej. Byli to ocaleńcy z
rozbitej 4. Armii w Prusach Wschodnich (...) którzy przedostali się przez Zalew
Wiślany, umykając śmierci i niewoli. Ciągle zjawiali się nowi ranni. Opatrunki
mieli przesiąknięte na czarno. Lecz żaden nie pozwolił na ich zmianę, aby nawet
na chwilę nie zatrzymywać się w drodze. (...)
Na szerokim na około 800 metrów pasku lądu, bębnili wciąż sowieci ze swojej
lekkiej artylerii, ochrzczonej przez naszych "grzmiącą grzechotką", ponieważ
słychać było jak te małe armatki strzelają. Tuziny salw armatnich zwanych
„organami Stalina", setki pocisków z moździerzy wszelkich kalibrów, biły z
niewielkiej odległości w mierzeję, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. Przez
Zalew Wiślany strzelały jakieś ciężkie działa - około 12,5 cm średnicy, na
wprost. Z morza, w regularnych odstępach czasu, radzieckie łodzie artyleryjskie.
Niezliczone, wrogie czołgi - T-34, Józef Stalin, amerykańskie Shermany, działa
samobieżne o wzmocnionym opancerzeniu, nazywane "taranującymi kozłami", czyniły
życie bardzo ciężkim. (...)
Nasz oddział czołgów podczas akcji nocno-mgielnej 29 kwietnia został
przeniesiony do znajdującego się w opałach 4. Oddziału Rozpoznania Pancernego
stacjonującego w Voglers.
Po ciężkich walkach o prawie każde zabudowanie osiągnęliśmy Krynicę Morską,
którą utracono 3 maja. Chociaż 5 maja Przebrno zostało oddane sowietom, jednakże
do tej pory nie udało się dywizjom Armii Czerwonej okrążyć naszych wojsk. W nocy
6 maja, w walce z bliska, tracimy czołg dowodzenia pułkiem. Nie mógł się bronić
ze swoją blaszaną armatą. Jako że był pełen sprzętu radiowego, musiał go inny
nasz czołg podpalić strzałem z działa.
7 maja broniliśmy się, jeszcze prawie 80 osób z l. Oddziału 35. Pułku
Pancernego, z dwunastoma pogiętymi czołgami, z resztkami paliwa, nielicznymi
granatami, w okolicach Kątów Rybackich. (...) Stanowiska były dobrze
rozbudowane. Cztery albo pięć kilometrów przebiegał rów między zalewem a morzem.
Sowieci strzelali do tego rowu z wszelkiej broni, ale nie mogąc nic zrobić
bunkrom, niszczyli tylko las, wystrzeliwując w nim przesiekę. Okropnie wyglądały
te rozstrzelane drzewa. Używali granatów moździerzowych o czułych zapalnikach,
które wybuchały przy najmniejszym kontakcie z gałęziami. One to i rozrywające
się nisko pociski rozpryskowe czyniły z każdego ruchu zabawę ze śmiercią".
Kilkanaście godzin później zmagania na Mierzei Wiślanej ustały, armia niemiecka
podpisała bezwarunkową kapitulację.
|
|