Pomorze 1945
[Strona główna] [Fortyfikacje] [Forum] [Mapy archiwalne] [Księga gości] [Chat]

Wstęp

Preludium

Przebieg walk

Po bitwie

Zdjęcia

Inne

Sytuacja na Wschodnim Froncie przed rozpoczęciem "Operacji Pomorskiej"

3 stycznia siły gen. płk. Reinhardta zostały zaatakowane przez 3 Front Białoruski Czerniachowskiego. O godzinie 6.00, po intensywnym przygotowaniu artyleryjskim, rosyjskie bataliony szturmowe ruszyły do natarcia pośród zalegającej nad wschodnią granicą Prus gęstej mgły. Zadaniem 3 Frontu Białoruskiego była likwidacja niemieckich sił w rejonie Tylża — Wystruć i zniszczenie Królewca — „twierdzy Prus Wschodnich".

Biblijny potop rozszalał się nocą z 12 na 13 stycznia 1945 r. Cztery Fronty sowieckie, Czerniachowskiego, Rokossowskiego, Żukowa oraz Koniewa, ruszyły na pozycje niemieckie od Prus Wschodnich aż do południowych granic Polski. Co prawda napór Czerniachowskiego został powstrzymany siłami Grupy Armii "Mitte" Reinhardta, ale piechota falowo atakująca z czterech przyczółków na Wiśle włamała się w pozycje Grupy Armii ,,A" gen. Harpego, zgodnie zaś z doskonale opanowaną taktyką armie pancerne pospieszyły wykorzystać powodzenie. Front pękł przed upływem 48 godzin. Z powodu niedostatku sił pozycje w Poznańskiem zostały rozerwane. Armia Czerwona zaś, dzięki znaczącym środkom logistycznym, posuwała się naprzód w tempie od 50 do 70 kilometrów dziennie. Oddziały niemieckie, które uniknęły zniszczenia, nie miały innego wyjścia jak schronić się do ufortyfikowanych miast: Poznania. Torunia, Grudziądza. Jedynie formacje pancerne, jak dowodzona przez gen. Nehringa, potrafiły cofać się, otoczone morzem wojsk sowieckich. i osiągnąć rubież Odry, niemniej jednak kosztem utraty większości ciężkiego sprzętu.

14 stycznia 2 Front Białoruski Rokossowskiego rozpoczął natarcie wzdłuż linii Narwi. Główne uderzenie skierowane było na północ, na prawym skrzydle Frontu Rokossowskiego. Zadawały je cztery armie ogólnowojskowe (17, 65, 2 uderzeniowa i 48) oraz jedna armia pancerna (5 gwardii, bohaterowie spod Kurska). Na lewym skrzydle 49 i 15 armie miały nacierać przez Wielkie Jeziora Mazurskie, aby połączyć się z 3 Frontem Białoruskim. Po zrealizowaniu tego zadania oba Fronty powinny wykonać równolegle uderzenia w kierunku wybrzeża Bałtyku. Plan ten jednak szybko został zakłócony. Okazało się bowiem, że wojska obu Frontów mają duże kłopoty ze zdobywaniem terenu.

Wojska Rokossowskiego były dobrze wyposażone w bron pancerną, ale dysponowały słabą piechotą — i to pomimo otrzymanych w ostatniej chwili uzupełnień w liczbie 120 tyś. żołnierzy. Wśród nich 10 tyś. było uwolnionymi jeńcami wojennymi, 33 tyś. — ozdrowieńcami ze szpitali polowych, a 20 tyś. pozyskano ze służb tyłowych i zaopatrzeniowych. Znalazło się wśród nich również wiele tysięcy poborowych z nowo wyzwolonych terenów, zmobilizowanych do Armii Czerwonej, których trudno było uznać za najbardziej godnych zaufania. Po dwóch dniach ciężkiej wymiany ciosów, w czasie której radziecka 3 armia została ostro potraktowana przez jednostki pancerne korpusu „Gross Deutschland", przerzucone wkrótce pod Kielce, Rokossowski dokonał przełamania pod Ciechanowem, ważnym węzłem drogowo-kolejowym znajdującym się niecałe 50 kilometrów na zachód od Narwi. Gdy poprawa pogody stopniowo pozwoliła rosyjskim samolotom szturmowym zapanować nad polem walki, 5 armia pancerna gwardii wdarła się w wyłom. Reinhardt, świadomy grożącego mu głębokiego oskrzydlenia, prosił Hitlera, aby pozwolił mu się wycofać i skrócić linie obrony. Jedyną reakcją OKH było przerzucenie większej części korpusu pancernego „Gross Deutschland" do centralnej Polski. W trzecim dniu ofensywy Rokossowski na prawie stukilometrowym froncie przełamał obronę Grupy Armii „Środek" na głębokość do 80 kilometrów.

18 stycznia 17 armia zdobyła starą twierdzę Modlin a następnego dnia w ręce Rosjan dostała się Mława, kolejne miasto mianowane przez Hitlera twierdzą. 2 armia gen. Weissa, która znajdowała się bezpośrednio na linii natarcia Rokossowskiego, mogła pójść w rozsypkę.

13 stycznia major Baumann, artylerzysta powracający do swojej baterii w 3 armii pancernej ubezpieczającej północne i wschodnie podejścia do Królewca, usłyszał odgłosy rozpoczynającej się ofensywy Czerniachowskiego. Gdy pociąg jechał przez Prusy Wschodnie, Baumann poczuł lekkie drżenie powietrza, a kiedy zatrzymał się na stacji w Królewcu, usłyszał ciche, ale uporczywe dudnienie — dźwięk nieustannej radzieckiej nawały artyleryjskiej pomiędzy Gubinem a Pilkałami. Na froncie jednak przygotowanie artyleryjskie Czerniachowskiego okazało się bardziej ogłuszające niż niszczące. Gęsta mgła oślepiła celowniczych 3 Frontu Białoruskiego i pociski spadły na nie obsadzone pozycje. Obrońcy wycofali się z nich, aby wykonać unik przed pierwszym, ciężkim ciosem przeciwnika. Gdy Rosjanie ruszyli do przodu, natrafili na silną obronę i gwałtowne kontrataki, grożące powstrzymaniem ofensywy. Stało się to jednak możliwe tylko na skutek wprowadzenia do walki 5 dywizji pancernej, jedynego niemieckiego odwodu operacyjnego. W środkowym sektorze frontu nastąpiła wymiana ciosów, gdy 5 armia z sił Czerniachowskiego z trudem przebijała się przez zawczasu przygotowaną niemiecką obronę pod Pilkałami. Miejscowość ta padła dopiero 18 stycznia, a dzień później jej los podzieliła leżąca niecałe 50 kilometrów na północny wschód Tylża. Rosyjskie czołgi z łoskotem jechały teraz po dobrze pokrytych szutrem drogach w stronę Królewca i zbliżały się do Wystrucia, znajdującego się 60 kilometrów na południc od Tylży.

Czerniachowski wykazał teraz elastyczność niezwykle rzadko przejawianą przez Rosjan, nawet przez dowódców Frontów. 11 armia gwardii była jedną z jednostek drugiego rzutu, przeznaczonych do zrolowania niemieckiej obrony na północ od Wielkich Jezior Mazurskich. Gdy mgła się podniosła, a niemiecki front zaczął się kruszyć, Czerniachowski przesunął 11 armię gwardii na północ, na styk 5 i 39 armii, gdzie ta druga czyniła pewne postępy w rejonie na północ od Pilkałów. Wzmocniona 1 i 2 korpusem pancernym gwardii, 11 armia gwardii weszła do akcji na linii rzeki Pregoły, wykonując zwrot na południowy zachód, by zlikwidować silnie umocnioną „lukę wystrucką". W tym samym czasie 5 armia obeszła Wystruć od wschodu, a 28 zdobyła Gąbin. Potężne siły rosyjskie wdzierały się przez osiemdziesięciokilometrowy wyłom pomiędzy Niemnem a Pregołą. Jednostki Volkssturinu i grenadierów ludowych uciekały w nieładzie, gdy tymczasem Rosjanie zaczęli forsować rzeki zagradzające im drogę do Królewca. W nocy z 21 na 22 stycznia miastu porzucił tutejszy gauleiter, Erich Koch, jeden z najnikczemniejszych funkcjonariuszy hitlerowskiego aparatu partyjnego, który jako komisarz Rzeszy na Ukrainę osobiście doprowadził do tego, że początkowo przyjazna ludność zmieniła się w zaciekłych wrogów Niemiec. W pierwszym tygodniu ofensywy Czerniachowskiego Stawka coraz bardziej zaczęta się niepokoić jej stosunkowo słabymi postępami i ponoszonymi stratami (80 procent radzieckich strat w czasie operacji wschodniopruskiej przypadło na 3 Front Białoruski).

20 stycznia Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa poleciła Rokossowskiemu, by jego trzy armie ogólnowojskowe — 5, 48 i 2 uderzeniowa — oraz 5 pancerna gwardii wykonały zwrot na północ i północny wschód, a następnie uderzyły na niemiecką 4 armię. Radzieckie jednostki miały podążać na północ, w stronę Zalewu Wiślanego. Zmiana kierunku zdezaktualizowała pierwotne rozkazy operacyjne Stawki. Nastąpiło to w momencie, gdy dokonane przez Czerniachowskiego przełamanie uczyniło wydane rozkazy zbytecznymi. W zaistniałej sytuacji początkowe zadanie wyznaczone Rokossowskiemu — czyli bliska współpraca z prawym skrzydłem Żukowa — stało się nadzwyczaj trudne po decyzji, by doprowadzić do okrążenia niemieckich wojsk w Prusach Wschodnich. W efekcie od 20 stycznia Żuków pozbawiony był skutecznego wsparcia na swoim pomorskim skrzydle, ponieważ Rokossowski mógł użyć w tym celu jedynie dwóch armii — 17 i 65. Czołgi i zmotoryzowana piechota Rokossowskiego na 150-kilometrowym froncie wbiły się głęboko do Prus Wschodnich. Centralne regiony tej krainy zostały wystawione na potężne uderzenie Armii Czerwonej. Na prawym skrzydle Rokossowskiego 3 korpus kawalerii gwardii wdarł się 22 stycznia do Olsztyna w chwili, gdy niemieckie wojska wciąż jeszcze wyładowywały z wagonów kolejowych czołgi i artylerię. Po przerwaniu pierwszej linii obrony wokół Olsztyna Rokossowski wprowadził w wyłom 5 armię pancerną gwardii, przerzuconą błyskawicznie z głębokich tyłów, gdzie dotąd nie wykryli jej Niemcy. 24 stycznia czołowe jednostki 29 korpusu pancernego tej armii dotarły do Elbląga od wschodu. Jako pierwszy do Elbląga dotarł 3 batalion 31 brygady pancernej dowodzony przez kapitana Diaczenkę, który pierwszy wdarł się do miasta. Diaczenko zbliżył się do Elbląga od wschodu, kryjąc swoje 7 czołgów i batalion piechoty wśród kolumn uciekinierów. Następnie jego mały oddział wpadł do miasta z reflektorami płonącymi pełnym blaskiem w półmroku późnego zimowego popołudnia. Początkowo zajęte zakupami tłumy, które Oberburgemeister dzień wcześniej zapewniał, że front się ustabilizował, uznały radzieckie T-34 za niemiecką jednostkę szkoleniową. Zostały gwałtownie wyprowadzone z błędu, gdy czołgi Diaczenki otworzyły ogień. Gdy miejscowy, zebrany naprędce garnizon ochłonął z zaskoczenia, zmusił Diaczenkę do odwrotu i pozostawienia w mieście czterech wraków. Kapitan ruszył wtedy w stronę Zalewu Wiślanego, który osiągnął o północy, kilka godzin przed tym, gdy główne siły 5 armii pancernej gwardii przedarty się nad piaszczyste brzegi Bałtyku na wschód od Elbląga.

Teraz Prusy Wschodnie były już odcięte od Rzeszy. Na ich obszarze zostały uwięzione: 4 armia, 3 armia pancerna oraz sześć dywizji piechoty i dwie dywizje zmechanizowane 2 armii. Wdarcie się Rokossowskiego do Prus Wschodnich wywołało powódź uciekinierów, która rozlała się na zachód w poszukiwaniu schronienia przed kolumnami Armii Czerwonej.

Wciągu kilku dni trwająca 800 lat niemiecka misja kolonizacyjna na Wschodzie dobiegła końca. Mieszkańcy Prus Wschodnich porzucili swoje domy, folwarki i wioski, udając się na rozpaczliwą wędrówkę w stronę centrum Niemiec albo wybrzeża Bałtyku. Jeszcze w 1944 roku niemieccy dowódcy w Prusach Wschodnich, przewidując że taki exodus bardzo utrudni prowadzenie operacji, nalegali, aby ewakuować niemiecką ludność z rejonów przyfrontowych, zanim spadnie rosyjskie uderzenie. Hitler uznał te propozycje za kolejny przejaw defetyzmu i na jego rozkaz gauleiterzy mieli dopilnować, aby cywile pozostali na miejscu. W efekcie rozmiary wojskowej katastrofy i tragedii ludzkiej osiągnęły straszliwą skalę. W Prusach Wschodnich Grupa Armii „Środek" miała prawo dokonywania rekwizycji i wydawania poleceń ludności cywilnej jedynie w obszarze operacyjnym, położonym tuż za frontem wąskim pasie ziemi o szerokości zaledwie 10 kilometrów. Wystarczało to na dyslokację zaledwie dywizji. Za tą linią działania, a nawet rozmieszczanie wojsk były stale narażone na ingerencje NSDAP i administracji państwowej. Gdy niemiecki front w Prusach Wschodnich załamał się, wszelkie zalecenia partyjnych karierowiczów straciły sens. Ludność znajdująca się na szlaku rosyjskiego natarcia nie miała żadnych złudzeń co do sposobu, w jaki potraktuje ją Armia Czerwona. Na obszarach zajętych jesienią 1944 roku Rosjanie popełnili liczne zbrodnie. W październiku Niemcy odbili miejscowość Nemmersdorff i przekonali się, że wszyscy jej mieszkańcy zostali wymordowani, w tym wielu przed śmiercią straszliwie okaleczono. Obawiając się podobnego losu, mieszkańcy Prus Wschodnich wyszli na zimowe drogi. Wehrmacht obliczył, że do końca stycznia na Wschodzie przemieszczało się aż 3,5 min niemieckich cywilów.

Dziesiątki tysięcy zostały uwięzione w kotłach wokół Kłajpedy, bałtyckiego portu „przekazanego" przez Litwę Niemcom 23 marca 1939 roku i stanowiącego ostatnią pokojową zdobycz terytorialną Niemiec. Od października 1944 roku garnizon Kłajpedy, niemiecki 27 korpus, był oblegany przez 1 Front Bałtycki marsz. Bagramiana.

Chaos wewnątrz kotła, mniej więcej 25-kilometrowcgo półkola opartego o Bałtyk toczący zimne szare fale pod gęstą zasłoną mgły, opisał jeden z obrońców, Guy Sajer, młody człowiek z Alzacji, który wstąpił do niemieckiej armii i służył w korpusie pancernym „Gross Deutschland".„Ruiny Kłajpedy nie mogły ani wyżywić, ani zapewnić schronienia ogromnej rzeszy mieszkańców Prus Wschodnich szukających tu ocalenia. Ludność, której mogliśmy udzielić jedynie najbardziej elementarnej pomocy, paraliżowała nasze ruchy oraz dezorganizowała i tak już nadwątlony system obrony. Wewnątrz bronionego przez nas półkola, rozbrzmiewającego łoskotem wybuchów zagłuszającym innego rodzaju wycia i wrzaski, dawne elitarne jednostki, a także pododdziały Volkssturmu, kalecy, których ponownie powołano do służby, powierzając obronę miasta, kobiety, dzieci, niemowlęta i inwalidzi byli unieruchomieni na zmrożonej ziemi pod sklepieniem mgły, rozświetlanym błyskami ognia, albo wśród zamieci zasypujących śniegiem ów port "przedostatniego aktu wojny". Racje żywnościowe były tak nędzne, że otrzymywane od czasu do czasu przydziały, które miały utrzymywać przy życiu przez cały dzień pięciu ludzi, normalnie nie starczyłyby uczniowi na drugie śniadanie. Z megafonów bez przerwy rozlegały się we mgle apele o zachowanie porządku i przestrzeganie zarządzeń. Z portu w dzień i w nocy wypływały najrozmaitszego rodzaju statki, wypełnione tyloma ludźmi, ilu dało się na nich upchnąć. Ustawieni w długie szeregi uciekinierzy, których władze na próżno starały się w jakiś sposób zarejestrować, podążali w stronę nabrzeży. Tu stawali się łatwym celem dla radzieckich pilotów, którzy w tej sytuacji po prostu nie mogli chybić. Bomby wyrywały koszmarne luki w krzyczącym przeraźliwie tłumie, szarpanym na strzępy. Nikt jednak nie opuszczał swojego miejsca w kolejce licząc, że dostanie się na następny statek. Tym ludziom wciąż przypominano o zachowaniu cierpliwości, o racjonowaniu żywności i o zachowaniu hartu ducha w oczekiwaniu wybawienia. Starzy ludzie popełniali samobójstwa, matki podawały swoje dzieci innym kobietom, błagając, aby wykarmiły je z przekazywanej kartki żywnościowej. Bohaterstwo i rozpacz splatały się ze sobą nieustannie. Władze próbowały podtrzymać te tłumy na duchu, mówiąc im o przyszłości, ale w tym czasie i w tym miejscu wszystko traciło znaczenie".

Miesiąc później Christian de la Maziere, inny Francuz służący w dywizji Waffen SS „Charlemagne", napotkał na Pomorzu kolumnę uciekinierów zmierzających do Białogardu:

„Drogi były zatłoczone tysiącami uciekinierów i przypomniałem sobie Francję w 1940. To niewiarygodne, mówiłem sobie, jak wszystko się powtarza. Uciekali z rejonu walk, ale te nieubłaganie ich doganiały. Dwa lub trzy dni wyprzedzenia, a potem dopędzała ich wojna, której front rwał do przodu szybciej niż zdolna była poruszać się żałosna kolumna złożona z wozów konnych i ręcznych wózków. Byli to ludzie, którym udało się uciec z Prus Wschodnich i innych zajętych terenów: starcy, kobiety i dzieci ... Wszyscy zmierzali do Białogardu. Niektórzy mieli nadzieję dotrzeć do portu w Kołobrzegu i wsiąść tam na statek ... Inni usiłowali skierować się na zachód, do Szczecina. W tej nie kończącej się, przygnębionej procesji uderzyła mnie ciężka, gniotąca cisza. Jedynym dźwiękiem było rozlegające się od czasu do czasu rżenie koni. Ci ludzie już nie rozmawiali, nawet między sobą, ale wlekli się, patrząc nieruchomo przed siebie. Niektórzy trzymali w ramionach dzieci. Jedli niewiele, chociaż ich wozy załadowane były zapasami, ponieważ uciekając zabrali z domów wszystko, co mogli. Nic mieli jednak odloty, a przede wszystkim czasu na szykowanie posiłków. Szliśmy obok nich, właściwie nie zamieniając ani słowa; czasem uśmiechaliśmy się do jakiegoś dziecka, głaskaliśmy je po głowie, dawaliśmy kawałek czekolady, jeżeli ją mieliśmy. Ich kolumna i nasza posuwały się obok siebie jak dwa strumienie, które się nie mieszają. I nas, i ich pochłaniała jednak ta sama obsesyjna myśl: nie dać się złapać, ocalić skórę. Byliśmy jak zwierzęta, które jednym wspólnym stadem uciekają przed pożarem lasu".

W połowie lutego uciekło niemal dwie trzecie ludności Prus Wschodnich. Wśród uchodźców z innych rejonów była żona Guderiana, która opuściła majątek w Poznańskiem na pół godziny przed wybuchem pierwszych pocisków. Guderian wspominał: „Zwlekała tak długo z wyjazdem, aby nie stał się dla miejscowej ludności sygnałem do ucieczki. Partia podejrzliwie obserwowała jej kroki". Następnego dnia znajdowała się już w kwaterze głównej OKH, 25 kilometrów na południe od Berlina, gdzie zamieszkała razem z mężem w sztabie. Inni nie mieli tyle szczęścia. Wielu uciekinierów próbowało ewakuować się morzem z portu Piława na Półwyspie Sambijskim. Udało się to ponad 450 tyś. osób. Niemal milion szukało schronienia w Gdańsku, z czego wiele tysięcy przybyło do miasta po zamarzniętym Zalewie Wiślanym.

Tymczasem czołówki 1 Frontu Białoruskiego, po przebyciu 500 kilometrów, dotarły na wysokości Kostrzyna i Frankfurtu do zamarzniętej Odry, aby w ciągu następnych dni utworzyć przyczółki. Armia Czerwona znalazła się niespełna 80 kilometrów od Berlina. "Stalin ante portas" - napisał sekretarz Goebbelsa. Wojska 1 Frontu Ukraińskiego marszałka Koniewa, po zajęciu Łodzi i Krakowa, wkroczyły na Górny Śląsk, podjęły oblężenie Wrocławia i zdobyły przyczółki za Odrą.
W Berlinie postęp sowieckiego natarcia wywołał ogromne zaskoczenie W ciągu piętnastu dni Wehrmacht utracił ostatnie pozycje obronne i stolica Niemiec znalazła się praktycznie na linii frontu. 16 stycznia Hitler opuścił Ziegenberg i przeniósł się do bunkra w Kancelarii Rzeszy. Guderian jeździł tam dwa razy dziennie z kwatery OKH w Zossen, aby uczestniczyć w nie kończących się konferencjach, na których godzinami musiał znosić tortury moralne i fizyczne, wysłuchując "przypadkowych wypowiedzi" reprezentantów Luftwaffe i Kriegsmarine, "rodzajów sil zbrojnych, które utraciły już zdolności bojowe".
W czasie odpraw dochodziło do coraz gwałtowniejszych sprzeczek pomiędzy widzącym rozwierającą się otchłań Hitlerem a szefem Sztabu Generalnego, z usposobienia cholerykiem. Wielokrotnie, ku zdumieniu obecnych, obydwaj posuwali się niemal do rękoczynów. Fuhrer zarzucał swym generałom nieudolność lub zdradę, obarczając ich odpowiedzialnością za załamanie się Grupy Armii "A". Harpe został zastąpiony przez odwołanego z Kurlandii Schornera, Reinhardt zaś przez Rendulica, również działającego do tej pory w Kurlandii. W ciągu kilku tygodni Hitler usunął wielu generałów, czego, jak podkreślał Degrelle, nikt nie był w stanie pojąć.

Guderian uważał powtarzające się dymisje za patologiczną manifestację ,,przesadnego braku zaufania" w stosunku do wojska. Czasem był on jednak uzasadniony, między innymi wobec dowodzącego 4 armią w Prusach Wschodnich gen. Hossbacha, którego zachowania nie potrafił wytłumaczyć nawet Guderian. Dysponując odpowiednią liczbą wojska i sprzętu, 23 stycznia Hossbach opuścił ufortyfikowane Giżycko, będące zwornikiem obrony starej prowincji. Wbrew otrzymanym rozkazom, zamiast próbować osłonić od południowego zachodu Królewiec, usiłował utrzymać wyłom w dolnym biegu Wisły. Kto wie, czy Hossbach, któremu udało się ukryć przed Gestapo fakt uczestnictwa w spisku z 20 lipca, nie nawiązał bezpośrednich stosunków z organizacją Seydlitza.
Najważniejszą przyczyną katastrofy na Wschodzie nie była jednak zdrada ani niekompetencja generałów, lecz dysproporcja sił. Tylko dowodzący dwoma frontami Żuków i Koniew dysponowali miażdżącą przewagą nad Grupą Armii "A" (wkrótce przemianowaną na ,,Mitte"). Rosjanie mieli 2,5 mln żołnierzy wobec 500000, 7000 radzieckich czołgów i dział pancernych przeciwko 500 oraz 5000 samolotów przeciwko 400, którymi dysponowali Niemcy.
Przyczyną gwałtownego przełamania pozycji niemieckich była katastrofalna decyzja Hitlera, który zakazał wcześniejszego wycofania się na odległość około dwudziestu kilometrów na "linię głównego oporu", poza zasięg sowieckiej artylerii. Podobny dylemat miała zresztą w roku 1918 armia francuska. Po dotarciu Armii Czerwonej nad Odrę Fuhrer nazwał rozkaz ów idiotycznym i trzeba było odczytać protokoły z narad, aby wykazać, że został wydany przez niego. Załamanie frontu na linii Wisły można wytłumaczyć pieczołowitym przygotowaniem sowieckiej ofensywy oraz znikomą manewrowością dywizji niemieckich, które musiały chronić się w twierdzach. Około trzydziestu dywizji otoczono lub rozbito. Straciły ogromne ilości sprzętu. Klęska była jeszcze dotkliwsza niż poniesiona na Białorusi latem poprzedniego roku.

OKH musiało naprędce organizować obronę linii Odry i w tym celu wysłało tam wszystkie odwody znajdujące się w rejonie Berlina. Na wschód, aby stworzyć zapory przeciwczołgowe, skierowano baterie dział przeciwlotniczych kalibru 88 mm. Dokonano również jednej z ostatnich koncentracji resztek Luftwaffe. Z Węgier przybyła jednostka Rudla, natychmiast włączając się do walki z sowieckimi czołgami. On sam, gdy atakował swój trzynasty czołg, został zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą. Choć ciężko ranny, zdołał usadzić awaryjnie Stukasa po stronie niemieckiej. Odwieziono go do szpitala, ale już sześć tygodni po amputacji prawej nogi ponownie uczestniczył w walkach powietrznych za drążkami sterowniczymi swego samolotu.
Ustanowienie obrony na Odrze ułatwiła pauza operacyjna, na jaką musiało zdecydować się dowództwo sowieckie. Była spowodowana klasycznymi trudnościami zaopatrzeniowymi, po przebyciu przeszło 500 kilometrów, i gwałtownymi roztopami, które przekształciły polskie drogi w trzęsawiska. Niemałe znaczenie miał również kryzys dyscypliny: wojska sowieckie, od chwili wejścia na tereny Rzeszy, zaczęły grabić, gwałcić i mordować. Na skutek nadmiernego rozciągnięcia skrzydeł Fronty Żukowa i Koniewa znalazły się w niebezpieczeństwie. Natarcie na przyczółek kurlandzki okupiono ciężkimi stratami. Pierwszy szturm na Królewiec został krwawo odparty. Miasto zdobyto po miesiącu. Opór w Prusach Wschodnich zmusił Rokossowskiego, który powinien wspierać natarcie Żukowa, do nawiązania kontaktu z Frontem Czerniachowskiego. Atakując na Elbląg starał się zakończyć kampanię w Prusach.
Stawka zdecydowała zatem, że przed natarciem na Berlin należy oczyścić zagrożone skrzydła. Rozpoczęła się dwumiesięczna bitwa, jedna z najbardziej zażartych i najkrwawszych w II wojnie światowej. Dyrektywa Stalina była tym bardziej uzasadniona, że Guderian otrzymał wreszcie posiłki, których domagał się miesiąc wcześniej.
Większość sił armii niemieckiej znalazła się ponownie na Wschodzie wraz z przemieszczonymi tam rezerwami liniowymi; na Węgry skierowano 6 armię pancerną SS. Hitler chciał za wszelką cenę utrzymać front naddunajski, aby zachować ostatnie rezerwy ropy na Węgrzech i w Austrii, gdy lotnictwo alianckie sparaliżowało produkcję syntetycznych materiałów pędnych.
Zupełnie przegrupowano siły. Na froncie wschodnim skupiono 106 dywizji piechoty i 32,5 dywizji pancernych oraz grenadierów pancernych. Na zachodnim TDW pozostały tylko 64 dywizje piechoty i 12 pancernych. których liczba spadła zresztą wkrótce do 8.

Na południowym skrzydle wojska Schornera opuściły przemysłowy okręg Górnego Śląska dopiero po zadaniu Sowietom ogromnych strat w ludziach i sprzęcie. W końcu lutego rozpoczęła się, trwająca aż do kapitulacji Rzeszy, epicka obrona Wrocławia. Ofensywa l Frontu Ukraińskiego na Dolnym Śląsku okupiona została równie krwawo. Schorner powstrzymał Koniewa na zachodniej Nysie i umocnił się w ostrawskim zagłębiu przemysłowym, trwając tam aż do końca kwietnia. Aby odblokować linię kolejową Berlin-Wrocław, dokonał kontrataków na Strzegom i Lubań. Odbicie drugiego z wymienionych miast 1 i 2 marca przez korpus pancerny Nehringa, z rąk kompletnie zaskoczonej 3 armii pancernej gwardii, świętowano w Niemczech jako wielkie zwycięstwo. Goebbels złożył osobiste gratulacje Schornerowi, wychwalając przy okazji męstwo kompanii "Fuhrer Grenadier Division", oddziałów Volkssturmu i Hitlerjugend. Był to praktycznie ostatni sukces.
Równie zacięte walki toczyły się na północnym odcinku frontu. Opór niemiecki w Prusach Wschodnich był zażarty. Po szaleńczym oporze 4 armia została okrążona w rejonie Braniewa - płw. Bałga i praktycznie całkowicie zniszczona pomiędzy 13 a 28 marca. Rendulic, pomimo niewątpliwej energii, nie zdołał przetrzymać drugiego szturmu Królewca i 10 marca wojska niemieckie wycofały się z ruin miasta i ewakuowały na Półwysep Sambijski, skąd częściowo zostały przewiezione morzem do Pilawy.
Po zatrzymaniu ofensywy "Sonnenwende" Żuków i Rokossowski wspólnie usiłowali zająć Pomorze Zachodnie. Znajdujące się tam jednostki niemieckie przez cały marzec stawiały zaciekły opór, walcząc dosłownie o każdy metr ziemi. Zmuszone do wycofania się w ufortyfikowany rejon Gdyni i Gdańska zostały, wraz z uciekinierami cywilnymi, w większości ewakuowane morzem przez Kriegsmarine. Elbląg po dzielnej obronie padł 11 Lutego

Grupa Armii "Weichsel", przekształcona w 3 armię pancerną, wydała swą ostatnią bitwę w okolicy Dąbia, po czym, na wysokości Szczecina, wycofała się za Odrę. Wojska Żukowa przystąpiły do oczyszczania Pomorza Zachodniego. Obrona niemiecka została rozczłonkowana. X korpus pancerny SS otoczono i praktycznie zlikwidowano. Wybrzeże zdołały osiągnąć jedynie rozproszone grupki. Walki na Pomorzu Zachodnim zakończyły się wraz z upadkiem Kołobrzegu.
W trakcie tej nieprzerwanej bitwy Niemcy wykorzystywali warunki terenowe, możliwości jakie stwarzały lasy i trzęsawiska, oraz dostosowywali bronę do zmian pogody: mrozu i odwilży. Na Śląsku, w labiryntach wielkoprzemysłowych zakładów, zadano wojskom sowieckim, co przyznał marszałek Koniew, znaczne straty, zwłaszcza w czołgach.
Kampanię tę charakteryzowały liczne oblężenia miast. Niemcy działali z wielką pomysłowością, zakładali miny i pułapki, wykorzystywali przejścia pomiędzy domami, poruszali się kanałami i wreszcie rozpinali siatki maskujące nad ulicami w celu ukrycia swych ruchów. W walkach ulicznych Volkssturm i chłopcy z Hitlerjugend, uzbrojeni w pistolety maszynowe i Panzerfausty, okazali się niezwykle skuteczni. Oblężenie Królewca oraz Wrocławia świadczy o szczególnie intensywnym oporze.

źródło: Philippe Masson - "Historia Wehrmachtu 1939-1945"
Hein Voellner - "Die Schlacht um Danzig 1945
Robin Cross - "Strącony Orzeł

ostatnia aktualizacja 17-VI-2005. © K N