|
Wstęp
Preludium
Przebieg walk
Po bitwie
Zdjęcia
Inne
|
Exodus
W kampanii o prowincje wschodnie dopuszczono się okrucieństw. Zasięg
dezorganizacji niemieckiej obrony i szybkość rosyjskiego natarcia doprowadziły
do znacznego rozluźnienia dyscypliny w Armii Czerwonej. Jej żołnierze dokonywali
obecnie krwawej zemsty za zbrodnie popełnianie przez niemieckich okupantów na
terenach ZSRR. Nazistowska ideologia sprawiła, że wojna na Wschodzie była
prowadzona z niezwykłym okrucieństwem. Celem Hitlera było nie tylko obalenie
„żydowsko-bolszewickiego" rządu Związku Radzieckiego, ale również zniewolenie
ogromnej rzeszy słowiańskiego i azjatyckiego „materiału ludzkiego" lub
zepchnięcie go na pustkowia, poza wałami obronnymi niemieckiego imperium.
Rzezie, zarówno przypadkowe, jak i zorganizowane, były na porządku dziennym, a
radzieckich żołnierzy oraz cywilów masakrował i Wehrmacht, i Einsatzgruppen
(grupy operacyjne), jednostki SS, które krążyły po tyłach, dokonując egzekucji
na Żydach i innych niearyjskich mieszkańcach terenów okupowanych. Cywilom,
którym udało się uniknie egzekucji, zawsze groziło niebezpieczeństwo stania się
ofiarą jednej z operacji przeciwpartyzanckich albo łapanek na roboty przymusowe
do Rzeszy. Armia Czerwona pomściła te okrucieństwa. Niemcy, którzy ocaleli pod
Stalingradem, powędrowali do niewoli gromadami równie posępnymi, jak długie
kolumny Rosjan, których prowadzono na zachód po likwidacji wielkich kotłów z
1941 roku. Ze 108 tyś. żołnierzy wziętych do niewoli pod Stalingradem wojnę
przeżyto zaledwie około 5 tysięcy. Ze strachu przed nadciągającym ze Wschodu
żołdactwem uciekło 8 mln ludzi. To, czego jesienią 1944 r. doświadczyły Prusy
Wschodnie, było niczym w porównaniu z wydarzeniami do jakich doszło w zimie. W
czasie przerażającej ewakuacji, prowadzonej w mroźnych temperaturach, przeszło 2
mln ludzi zmasakrowano w szczególnie bestialski sposób. Kolumny uciekinierów
ostrzeliwano z broni maszynowej i miażdżono gąsienicami czołgów. Całe rodziny
palono żywcem w ich domach. Kobiety gwałcono i krzyżowano na drzwiach stodół.
Dzieci wrzucano do świńskich koryt.
Na początku 1945 roku niewielu czerwonoarmistów, bez względu na stopień, nie
miało z Niemcami jakichś prywatnych porachunków ... Sam Stalin stracił syna,
Jakowa, który wpadł w niemieckie ręce. Gen. pik Rybałko, dowódca 3 armii
pancernej gwardii we Froncie Koniewa, stracił córkę, która zaginęła w 1942 roku
na Ukrainie. W jednym tylko pułku jego armii było 158 żołnierzy, którzy utracili
bliskich krewnych, zabitych lub zamęczonych przez Niemców; 56, których rodziny
wywieziono na roboty przymusowe, i prawie 450, którzy utracili swoje domostwa.
Na Śląsku radziecki oficer, Michait Koriakow, napotkał stado bydła pędzone na
radzieckie tyły:„Zwierzęta te zostały zgromadzone przez specjalne oddziały
żołnierzy. Miały ogromne znaczenie dla Armii Czerwonej, ponieważ Rosja od dawna
na skutek biedy nie mogła wyżywić swoich żołnierzy i była uzależniona od
amerykańskich dostaw żywności oraz od polskiego zboża ... Nagle inny oficer
wyciągnął nóż, podszedł do krowy i zadał jej śmiertelny cios w podstawę czaszki.
Nogi zwierzęcia ugięty się i wkrótce ono upadło, a reszta stada spłoszyła się i
uciekła, rycząc szaleńczo. Oficer wytarł ostrze noża o cholewę buta i oznajmił:
<<Ojciec napisał mi, że Niemcy zabrali nam krowę. Teraz jesteśmy kwita ..>>" Na
Śląsku gniew Rosjan podsyciło odkrycie większych i mniejszych obozów zagłady
oraz podżegające artykuły Ilji Erenburga, które rozpowszechniano wśród
żołnierzy. Niemieckich cywilów zabijano z równym brakiem skrupułów jak krowę, o
której pisał Koriakow. Wspominał on:„Ludność Kluczborka porzuciła miasto.
Pozostał tylko jeden głuchy starzec. Oficerowie pułku zapasowego cały czas
sprzeczali się, czy powinni spalić miasto, czy zabić staruszka. Potem
dowiedziałem się, że został zamordowany. W innym mieście widziałem zwłoki
kobiety. Leżała w poprzek łóżka z rozrzuconymi nogami. Sukienkę miała podwiniętą
do ramion, a w jej brzuchu tkwił trójkątny bagnet, przyszpilając ciało do
materaca".
Koriakow doskonale znał dowcip krążący w 1945 roku w Armii Czerwonej. Pierwszy
rzut odbiera zegarki, tak cenione przez rosyjskich żołnierzy, drugi zajmuje się
kobietami, a trzeci rabuje to, co zostało.„Piechur wchodzący do
nieprzyjacielskiego miasta nie ma czasu na dziewczyny, musi ścigać
nieprzyjaciela. Ci, którzy idą w pierwszej fali, mają zaledwie dość czasu, żeby
"pozbierać" zegarki i biżuterię. Drugi rzut, który wspiera natarcie, już się tak
nie śpieszy i żołnierze mogą bez pośpiechu poszukać dziewczyn. Ci, którzy idą w
trzeciej fali, nie znajdują już kosztowności ani nietkniętych kobiet, ale
przeczesują miasto i napychają walizki męskimi oraz damskimi ubraniami" .
Koriakow widział czołgi tak wypełnione łupami, że załogi ledwo mogły poruszać
się w ich wnętrzu i nie były w stanie przystąpić do walki. „Słyszałem opowieść o
załodze czołgu, która upiła się do tego stopnia, że skierowała swój czołg na
pierwszą linię, otworzyła ogień do rosyjskich jednostek, zniszczyła stanowisko
artyleryjskie i rozjechała jedno działo". 27 stycznia Koniew wydał drakońskie
rozkazy, które miały przywrócić dyscyplinę, a winnych rozprzężenia oficerów
posłał do sztrafbatów. Dbający o fason marszałek zabronił również noszenia
zagrabionych kapeluszy i parasoli. Opowieści o rosyjskich barbarzyństwach
docierały z frontu do Rzeszy. Vera Bockmann, Australijka urodzona na Śląsku,
która wyszła za niemieckiego marynarza i zamieszkała w Berlinie, wspomina:„O
zbliżających się Rosjanach myślano z lękiem, ponieważ krążące pogłoski
przepowiadały, że zgwałcą wszystkie kobiety i pozabierają dzieci. Inni nie
traktowali tego aż tak pesymistycznie. Na naszej ulicy była rodzina, która
uciekła ze Śląska i została po drodze zabrana przez rosyjski czołg. Żołnierze
dzielili się z nią jedzeniem, a kiedy natrafili na innych uchodźców, pożegnali
się z uratowanymi serdecznie. To była historia, jaką chciałam słyszeć, ale z
równie wiarygodnych źródeł nadchodziły zupełnie inne opowieści. Najlepiej było
nie wierzyć w żadną z nich". Ci, którzy znajdowali się bliżej frontu, wierzyli w
każde usłyszane słowo. Rosyjskie szaleństwo umocniło determinację grenadierów
ludowych i żołnierzy Volkssturmu, szykujących się do stoczenia ostatniej bitwy w
wojnie na terenie Europy. Wszystkie przekazy mówią o masowych egzekucjach
jeńców, które często poprzedzały tortury. Tak było w Żaganiu, w którym Niemcy,
wiedząc o wymordowaniu ludności cywilnej, wybili sowieckich jeńców ciosami
łopatek i karabinowych kolb.
W ruinach Strzegomia żołnierze 208 dywizji piechoty odnaleźli zaledwie garstkę
koczujących, zupełnie zdziczałych ludzi. "Po tym, co ujrzeliśmy w Strzegomiu -
relacjonował jeden z nich - nie mogło być mowy o litości, Kiedy dowództwo
domagało się zachowania dyscypliny, odpowiedź żołnierzy była jednobrzmiąca: <<Po
tym, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy w Strzegomiu, bezcelowe jest żądanie, abyśmy
brali jeńców>>".
Nie można pomijać skutków twardej, posuniętej do okrucieństwa dyscypliny. W
Prusach Wschodnich gen. Rendulic zapowiedział dowódcom pułków i batalionów, że
ponoszą odpowiedzialność za opuszczenie każdej "piędzi ziemi". Pewnego kapitana
rozstrzelano za wycofanie się o dwa kilometry. Powołano lotne sądy doraźne, aby
oczyścić tyły. Każdego żołnierza, złapanego na zapleczu, jeśli nie był ranny,
natychmiast sądzono i rozstrzeliwano. W Gdańsku młodych żołnierzy obrony
przeciwlotniczej stracono za udanie się z wizytą do rodziców. Specjalne oddziały
SS buszowały na tyłach w poszukiwaniu prawdziwych i urojonych dezerterów.
źródło: Philippe Masson - "Historia Wehrmachtu 1939-1945"
Robin Cross - "Strącony Orzeł"
|
|