|
Wstęp
Preludium
Przebieg walk
Po bitwie
Zdjęcia
Inne
|
Ewakuacja Gdyni
Gdy w styczniu 1945 r. pod naporem zimowej ofensywy Armii Czerwonej, łamały
się na całym froncie linie obronne wojsk niemieckich - Gdynię ogłoszono twierdzą
z zadaniem obrony jej wszelkimi sposobami, głównie dla spełnienia roli bazy
ewakuacyjnej.
W toku przygotowań do obrony Gdyni, stacjonujące w mieście jednostki
Kriegsmarine, które nie zostały wcześniej ewakuowane, lub nie były do tego celu
przeznaczone, podporządkowano wojskom lądowym. W ten sposób całą załogę "Schleswig
Holstein", zbombardowanego w Gdyni podczas alianckiego nalotu 18 grudnia 1944
r., wysłano do obrony Malborka. W całości pozostały tylko jednostki artylerii, w
tym 9 pułk Morskiej Artylerii Przeciwlotniczej.
Około 20 stycznia 1945 r. rząd III Rzeszy wszedł w posiadanie tajnego
angielskiego dokumentu operacyjnego, zawierającego plany i treść przedsięwzięć
przygotowawczych do zajęcia Niemiec po ich bezwarunkowej kapitulacji. Na
załączonej mapie wyrysowany był podział Niemiec na strefy okupacyjne między
Związek Radziecki, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. Dowódca Kriegsmarine
admirał Karl Donitz, zapoznawszy się z tym dokumentem, dysponując jedyną realną
siłą transportową - flotą morską, postawił sobie za główny cel - jak mówił -
"ratowanie przed bolszewikami niemieckiej ludności ze wschodu, której groziło
zniszczenie, popadniecie w niewolę, głód i śmierć z mrozu". Jeszcze w styczniu,
Donitz skierował większą liczbę okrętów podwodnych do wsparcia frontu
wschodniego i samej ewakuacji. Cały tonaż handlowy, zaopatrzenie transportu
morskiego w węgiel i materiały pędne zostały podporządkowane również admirałowi.
Organizacja ewakuacji
Kierownictwo nad całą niemiecką flotą zaopatrzeniowo-ewakuacyjną na Bałtyku
objął admirał Engelhardt. W części zachodniej Morza Bałtyckiego transport dla
frontu wschodniego i przyjmowanie statków z uciekinierami organizował gen. adm.
Kummetz z siedzibą w Kilonii. Natomiast samą ewakuacją ze wschodu na zachód,
głównie przez porty Zatoki Gdańskiej - Pilawę, Gdańsk, Gdynię i Hel - kierował
adm. Burchardi z bazy operacyjnej w Gdyni, a w końcowej fazie, z Helu.
W portach tych, ruchem transportowców, ich zaopatrzeniem, wyokrętowaniem i
zaokrętowaniem uciekinierów i wojska kierowały bezpośrednio komendantury
Kriegsmarine tych miast (Kriegsmarinedienststelle), dysponujące specjalnie
przeszkolonymi szefami transportu morskiego, zaokrętowania i zaopatrzenia.
Komendantami tej placówki w Gdyni byli kolejno komandor Gert Eschricht i kmdr
ppor. Piening, na Helu kpt. Schuldt, a w Gdańsku kmdr Bartels. Po ewakuacji
Gdańska kierował on placówką helską. W szczegółach gdyńska komendantura
organizowała zaopatrzenie transportowców w paliwo, remonty uszkodzonych
jednostek, kompletowała konwoje i ich zabezpieczenie. Do niej należało też
zapewnienie przybyłym uciekinierom warunków chwilowego pobytu w przygotowanych
do tego celu magazynach, szkołach, biurach, a nawet kościołach.
23 stycznia 1945 r. ogłoszony został początek ewakuacji drogą morską z Prus
Wschodnich i portów Zatoki Gdańskiej na zachód. Opuszczone przez instytucje
budynki pomieszczenia służbowe oraz mieszkania prywatne, zwolnione przez
uciekających Niemców gdyńskich, zostały przygotowane dla przybywających
uciekinierów. Każdy gdyński Niemiec, opuszczający z rodziną miasto, miał
obowiązek zdać klucze od mieszkania kierownikowi rejonowej komórki NSDAP, który
już dalej nim dysponował.
Masowy napływ Uciekinierów do Gdyni poprzedzony został m. in. kilkoma rozkazami
dowódcy Kriegsmarine. 28 stycznia nadszedł rozkaz następującej treści;
"Natychmiast ewakuować bazy okrętów podwodnych w Gdyni i Gdańsku". Następnego
dnia admirał Zachodniego Bałtyku w Kilonii otrzymał rozkaz; "Przygotować
wszystko dla przyjęcia transportów uciekinierów z portów Zatoki Gdańskiej". Tego
Samego dnia nadszedł jeszcze rozkaz kierowany do komendantur Kriegsmarine w
Gdyni i Pilawie: "Pilawa jest głównym punktem ciężkości ewakuacji uciekinierów.
Zorganizować wahadłowy ruch transportowców na trasie Pilawa - Gdynia".
Wielkie obozowisko uciekinierów
Do częściowo wyludnionej Gdyni jeszcze w styczniu zaczęły napływać coraz
liczniejsze masy niemieckich uciekinierów ze wschodnich portów Zatoki Gdańskiej:
Lipawy, Pilawy, Gdańska, z delty Wisły i Zalewu Wiślanego. Transportowce w ruchu
wahadłowym nadchodziły tak licznie, że nie starczało dla nich miejsca przy
nabrzeżach i molach. Pasażerów swych wysadzały w każdym dogodniejszym miejscu
gdyńskiego brzegu, skąd natychmiast wracały po następnych. Tak mogły działać
tylko małe jednostki. Większe wchodziły do portu lub z braku miejsca kotwiczyły
na redzie i tam były ładowane.
Również wszystkie drogi lądowe, gwiaździście prowadzące do Gdyni, przepełnione
były cywilnymi uciekinierami i cofającymi się oddziałami wojskowymi. Wskutek
tego jazda samochodem osobowym w kierunku Gdyni na odcinku 18 kilometrów trwała
aż 7 godzin. W tym tłoku pojazdy cywilne i wojskowe zderzały się często i
spychane były do rowów. Przedostawał się tylko silniejszy.
Przygotowane w mieście dla uchodźców tymczasowe pomieszczenia już nie
wystarczały. Wszystkie budynki przepełniły się wkrótce czekającymi na dalszą
ewakuację ludźmi, którzy usiłowali dostać się na zbawcze statki. Zaokrętowano
jednak tylko tych, którzy otrzymali karty okrętowe. Oczekiwanie na nie przed
urzędem trwało po kilka dni i przerywane było alarmami lotniczymi i ucieczkami
do schronów. Zdarzało się, że zamiast karty kilkaset osób otrzymało od patroli
wojskowych rozkaz kopania rowów i budowania umocnień obronnych wokół miasta.
Utrzymanie dyscypliny i porządku stawało się coraz trudniejsze. Dawały znać o
sobie kradzieże mienia osobistego uciekinierów i rabunki mieszkań.
W lutym, w całym mieście i porcie rozwieszono kolejne plakaty, wzywające
wszystkich mężczyzn w wieku 16-60 lat do zarejestrowania się w sztabie NSDAP.
"Rozpoczęło się polowanie na nas - wspominał jeden z uciekinierów Ewald
Hildebrandt - patrole wojskowe przeszukiwały wszystkie pomieszczenia, sprawdzały
Ausweisy i zabierały wielu mężczyzn. Spełniając obowiązek meldunkowy, zostałem
skierowany do budynku Szkoły Nawigacyjnej, gdzie otrzymałem mundur marynarski i
stałem się żołnierzem Morskiego Batalionu Strzeleckiego (Marineschutzen-Bataillon)".
Samo miasto przybierało coraz bardziej przykry wygląd. Po bokach jego
nowoczesnych ulic rozciągało się rumowisko rozbitych środków transportowych i
zamarzniętych koni, wśród których jak cienie snuło się opuszczone bydło domowe.
Mięso wkrótce zresztą znikło z ulic zjedzone przez zgłodniałych ludzi. Pozostały
same kości.
W porcie
Prawdziwie makabryczne sceny działy się dopiero w porcie, przy nabrzeżach u
wejść na statki, gdzie olbrzymie fale masy ludzkiej napierały na wysokie trapy,
uginające się pod tym ciężarem. Wprawdzie pierwszeństwo dawano matkom z dziećmi,
a samotni powinni byli wchodzić ostatni, jednak napór był tak wielki, że nie
zawsze można było przestrzegać tej zasady. Zdarzały się też próby nielegalnego
opuszczenia Gdyni bez kart okrętowych. Wykrytych na pokładach maruderów i
wszystkie osoby bez ewakuacyjnych kart okrętowych bezapelacyjnie zdejmowano ze
statków.
Nie wszystkie transportowce zawijały do portu dla przyjmowania uciekinierów.
Część z nich kotwiczyła na gdyńskiej redzie i tam, z małych jednostek - kutrów i
promów - przeładowywano ludzi po prostu z pokładu na pokład, często przy bardzo
niespokojnej fali. Zdrowi cywile i wojskowi wdrapywali się przeważnie po
rozwieszonych wzdłuż burt sieciach na wysokie pokłady transportowców, rezygnując
z najmniejszego nawet bagażu. Najtrudniejsze było przenoszenie rannych przy
pomocy małych platform, siatek i bomów. W dużym tłoku na redzie i przy
nabrzeżach zdarzały się przypadki zepchnięcia ludzi do lodowatej wody.
W ostatnich dniach ewakuacji niecierpliwość i strach przed zbliżającymi się
nieuchronnie Rosjanami osiągnęły szczyt. Na dobijające do nabrzeży mniejsze
statki ewakuacyjne, nim jeszcze zdążyły zacumować, spadała lawina uciekinierów i
wojska wzdłuż całej burty. Dochodziło do niebezpiecznych przechyłów, co małym
jednostkom groziło przewróceniem, a ludziom wypadnięciem za burtę. Przedłużało
to tylko czas ładowania i było powodem licznych kontuzji.
Polowanie na żywność
Dotkliwy brak żywności odczuwały szczególnie statki ewakuujące tysiące
uciekinierów. Stało się regułą, że podczas zaokrętowywania uchodźców, część
załogi statku pod dowództwem oficera wysyłano do miasta w celu "upolowania"
żywności. Jeden z dowódców takiej grupy z transportowca "Monte Rosa"
relacjonował następująco:
"To, co zdobyliśmy było bardzo żałosne. Zabraliśmy mięso końskie, pozostawione
przez uciekinierów u wejścia do portu".
Dla częściowego chociaż złagodzenia trudnej sytuacji, statki wracające z zachodu
po nowe partie uciekinierów, przywoziły od czasu do czasu pewne ilości żywności
- jednak zapotrzebowanie było dużo większe. M. In. 11 lutego statki "Hamburg" i
"Deutschland" przywiozły z Kilonii do Gdyni 10000 sztuk konserw mięsnych, 20 000
puszek mleka i 150 000 chlebów oraz innych produktów. Gdy 19 lutego Sztab
Generalny zarządził zgromadzenie zapasów żywności na trzy miesiące w Królewcu,
Gdańsku i Gdyni, sam admirał Engelhardt stwierdził: ,,W sytuacji, gdy nie mamy
wystarczającej ilości żywności na codzienne zaopatrzenie walczących wojsk -
robienie zapasów na trzy miesiące brzmi niczym życzenie wariata".
W sytuacji prawie bez wyjścia, mimo dużego niebezpieczeństwa minowego - wysyłano
małe kutry rybackie na połowy w przybrzeżnej strefie Gdyni i Helu. W styczniu
1945 r. 12 kutrów złowiło 12 ton dorsza, a w lutym 8 kutrów - 23 tony tej ryby.
Bardzo ważnym problemem dla organizatorów ewakuacji w Gdyni było zapewnienie
dostatecznej ilości paliwa transportowcom i okrętom ochrony. Olbrzymie trudności
z paliwem płynnym spowodowało zniszczenie zakładów paliwa syntetycznego przez
aliantów w Policach koło Szczecina i utracenie źródeł rumuńskich. Niewielkie
ilości dostarczano do Gdyni z zachodnich portów, m. in. na okrętach podwodnych.
Nie brakowało natomiast w Gdyni węgla. Mimo, że rejon Górnego Śląska dostarczał
go tylko do 15 stycznia 1945 r., Dolny Śląsk słał nadal i zgromadzane w gdyńskim
porcie hałdy zapewniały dobre zaopatrzenie floty do ostatnich dni okupacji
miasta. Na marginesie - sytuacja paliwowa na Helu pogorszyła się radykalnie po
zajęciu Gdyni i Gdańska przez wojska radzieckie. Na miesiąc kwiecień szef
transportu morskiego na Helu miał przyobiecane dostarczenie tylko 2000 ton węgla
z Danii i 5300 ton z Rzeszy, w tym 4000 ton brykietów z węgla brunatnego.
Stwierdził on, że w stosunku do potrzeb było to tyle, co kropla wody na
rozpalonym kamieniu.
Flota ewakuacyjna
W ewakuacji niemieckich uciekinierów z Gdyni uczestniczyły najprzeróżniejsze
typy jednostek pływających, od luksusowych statków pasażerskich, poprzez
większe, średnie i mniejsze transportowce, do całkiem małych promów, motorówek i
łodzi. Wymienienie choćby tylko nazw tych setek jednostek wymagałoby zbyt wiele
miejsca, ograniczę się więc do podania niektórych spośród największych: "Cap
Arcona" (27561 BRT), "Robert Ley" (27288 BRT), "Wilhelm Gustloff" (25480 BRT),
"Hamburg" (22117 BRT), "Deutschland" (21046 BRT), "Unitas" (21846 BRT), "Hansa"
(21 131 BRT), "Potsdam" (17 528 BRT) i "Generał v. Steuben" (14 660 BRT). Jak
wiadomo większość tych statków zostało zatopionych bądź uszkodzonych
Znaczny udział w ewakuacji ludności cywilnej miała także flota wojenna, w tym
krążowniki, niszczyciele, okręty podwodne i bardzo licznie mniejsze jednostki.
Ruch całej floty ewakuacyjnej i jednostek zabezpieczenia w porcie i na redzie
był ogromny. Dziennie, po kilkadziesiąt statków załadowanych uciekinierami do
ostatnich granic możliwości wychodziło z portu.
Stan techniczny floty ewakuacyjnej był bardzo zróżnicowany. Były w niej
jednostki prawie nowe, które, odbywszy kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt
rejsów z uciekinierami, nie wymagały większego remontu, ale nie brakło też i
takich, których stan techniczny nie pozwalał wyjść nawet za główki. Nie było
jednak wyboru. Jeżeli tylko jednostka mogła utrzymać się na wodzie - ładowano ją
i wysyłano o własnych siłach, lub przy pomocy holowników na zachód. Przykładem
może być wspomniany wyżej transportowiec "Monte Rosa" (13882 BRT); z nieczynnymi
maszynami, prowizorycznie załatanym przebiciem poniżej linii wodnej i zalanym
dolnym pokładem, załadowany uciekinierami w liczbie 5600, którzy wypełnili
najmniejszy nawet kąt na statku, odesłany został przy pomocy trzech holowników
do Kopenhagi. Innym przykładem może być statek pasażerski "Potsdam", który w
latach 1944-45 stał w Gdyni, służąc jako hulk dla przejezdnych żołnierzy. Miał
on być przebudowany na lotniskowiec o napędzie turbinowo-elektrycznym i z tego
względu pozbawiono go wielu urządzeń okrętowych - radiostacji, echosondy,
kompasu i wielu innych. Wyokrętowane były też, poza czterema, łodzie ratunkowe.
73-osobowa załoga, w tym kapitan Schill i trzech oficerów, ze względu na bardzo
długi postój i nieopływanie, nie była przygotowana do pracy na morzu, W trudnych
wojennych i zimowych warunkach. Statek ten został jednak załadowany 7500
uciekinierami i wysłany na zachód. Makabryczny rejs do Świnoujścia trwał 7 dni.
Pod bezpośrednim ostrzałem
Po 15 marca gdyńska reda znajdowała się już pod stałym ogniem artylerii i
lotnictwa radzieckiego. Przyjmujący w porcie uciekinierów statek "Pretoria" (16
662 BRT) został silnie ostrzelany, a gdy wyszedł z portu 23 marca, znalazł się
jeszcze pod zmasowanym ogniem z kierunku Sopotu Całe wybrzeże gdyńskie, w tym
czasie, było już w zasięgu radzieckiej artylerii i samolotów, które raziły
podczas dnia prawie wszystkie jednostki znajdujące się na trasie Gdynia-Hel.
Samo miasto było również pod ogniem. "W zwykłych warunkach, odcinek drogi między
dworcem kolejowym a portem można było przejść w ciągu 20 minut. Jednak podczas
ciągłych alarmów, nalotów i ognia artyleryjskiego, gdy trzeba było chować się do
schronów, droga ta trwała dobre 2 godziny" - wspominał pastor Th. Taube.
Zakotwiczony na redzie parowiec "Goya" (5230 BRT) przyjmował uciekinierów,
rozładowując jednocześnie amunicję i gąsienice dla czołgów 4 Dywizji Pancernej.
Wszystko to działo się w nieustannym alarmie lotniczym.
Ostatnia noc
Ostatnia noc ewakuacji - 25 marca - przyniosła północny sztorm i szczypiący
mróz. Przy nabrzeżach, w najwyższym napięciu i pośpiechu ładowano statki "Robert
Ley", "Cap Arcona", "Deutschland" i "Wikinger" (14722 BRT), nie licząc wielu
mniejszych jednostek. Wszystkie statki były w pełnej gotowości, dziobem do
wyjścia, by na wypadek bezpośredniego zagrożenia, mogły natychmiast rzucić cumy
i wyjść z portu. Zaokrętowano tysiące uciekinierów. Jeśli jednak w styczniu, a
nawet jeszcze w lutym, przestrzegano zasady zabierania na pokład jednego
człowieka na metr kwadratowy, to w ostatnich dniach i godzinach, za szczęśliwych
uważali się ci, którzy w czwórkę znaleźli się na jednym metrze. Strach siedział
wszystkim na karku. Rosjanie, z godziny na godzinę, byli coraz bliżej.
Na zbiornikowiec "Wikinger" zaokrętowanych zostało ostatnich 700 pracowników
gdyńskiej stoczni, którzy do ostatniej chwili remontowali uszkodzone jednostki.
Późną nocą ewakuowano ostatni personel gdyńskiej Komendantury, który odprawił
ostatnie już statki z uciekinierami.
Po odejściu od nabrzeża ostatniego transportowca, w porcie i mieście pozostało
jeszcze kilka tysięcy uciekinierów. Większość z nich pospieszyła na Kępę
Oksywską, mając jeszcze nadzieję ucieczki z przystani na Oksywiu i w Babich
Dołach.
Wspomnienia niemieckiego żołnierza
Ewald Hildebrandt - żołnierz Morskiego Batalionu Strzeleckiego - w taki oto
sposób przedstawił ostatnie chwile swego pobytu w Gdyni i na Kępie Oksywskiej:
"Dzień i noc Gdynia znajdowała się pod ostrzałem artylerii i ataków lotniczych.
Zewsząd szczekały działa przeciwlotnicze. Na torach kolejowych ostatnie
lokomotywy zostały wysadzone w powietrze. Organy Stalina strzelały w miasto.
Walki uliczne na przedmieściu. Słychać jazgot karabinów maszynowych i wybuchy
granatów ręcznych. Zgiełk walki coraz bliżej. Siedzimy w piwnicy bez broni, w
ostatnim napięciu, oczekując że za chwilę drzwi się rozewrą i stanie przed nami
Rosjanin. W końcu otrzymaliśmy rozkaz: "Pod osłoną toru kolejowego przejść na
Babie Doły". Odskok wykonaliśmy nocą, a pociski artyleryjskie oświetlały nam
drogę. Z Babich Dołów wzdłuż wybrzeża, przeszliśmy na Kępę Oksywską, gdzie na
wydmach wykopaliśmy sobie doły strzeleckie. Przed nami główna linia walki, za
nami morze. Tutaj leżeliśmy kilka dni. Przez ten czas, do prowizorycznych
pomostów za nami podchodziły małe jednostki i. zabierały uciekinierów oraz
wojsko wyznaczonych pododdziałów. Żołnierze innych jednostek próbowali wmieszać
się w te grupy, jednak patrole żandarmerii polowej, bijąc pałkami, udaremniały
te zamiary. Niebawem przybyła jednostka SS z pierwszej linii. SS-mani
zgromadzili wszystkie konie, które wystrzelali. Następnie zbudowali tratwy i
odpłynęli. Pod koniec pewnej nocy również nas zaokrętowano na mały statek i
przewieziono na Hel".
Na szczeblu dowodzenia całym zgrupowaniem sił niemieckich na Kępie Oksywskiej
sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Z beznadziejności położenia i dalszej
walki na tym płaskowyżu zdawali sobie dobrze sprawę trzej generałowie - dowódcy
dywizji, którzy kierowali tam obroną. Najstarszy z nich - dowódca 32 Dywizji
Piechoty, gen. por. Boekh-Behrens - od 1 kwietnia czynił, drogą służbową i przez
swych kolegów w Kriegsmarine, intensywne starania o ewakuację resztek wojsk z
tego rejonu. W dowództwie na Helu miał poparcie. Przygotowano tam nawet flotyllę
z taką ilością jednostek, która zapewniała przeprowadzenie całkowitej ewakuacji
Kępy Oksywskiej w ciągu dwóch nocy, dwoma rzutami. Decyzja Sztabu Generalnego i
Hitlera była nieustępliwa: "Niech kosztuje, co chce - Kępę należy utrzymać i
bronić przed każdym atakiem".
Sytuacja wojsk niemieckich osaczonych na Kępie Oksywskiej stawała się - z
godziny na godzinę - dramatyczniejsza.. W końcu admirał Burchardi - Morski
Dowódca Wschodniego Bałtyku w ostatniej. bazie na Helu - zarządził poufnie, że w
ostatecznej sytuacji, na ustalone hasło, Kępa Oksywska będzie ewakuowana, mimo
braku zgody Berlina.
W momencie, gdy nacierające wojska radzieckie już prawie spychały niemieckie
linie obronne z wysokiej skarpy Kępy Oksywskiej do morza - nadszedł jeszcze
rozkaz ze Sztabu Generalnego: "Kępy Oksywskiej, zgodnie z rozkazem Hitlera,
bronić nadal, celem wiązania radzieckich armii szturmowych".
W całkowicie już beznadziejnej sytuacji, 4 kwietnia o godzinie 18.00, bez zgody
Berlina, podano hasło do ewakuacji: "Walpurgisnacht". Cała flotylla ruszyła z
Helu w kierunku Oksywia. Podczas jednej tylko nocy, na najrozmaitszych środkach
pływających, ewakuowano na Hel około 10 000 żołnierzy VII Korpusu Pancernego, w
tym 7 Dywizję Pancerną, 32 i 83 Dywizję Piechoty, oraz 30 tysięcy ludności
cywilnej.
Dopiero w 6 godzin po ewakuacji Hitler wyraził zgodę na jej przeprowadzenie, nie
wiedząc naturalnie, że już została wykonana.
Akcja ta zyskała miano największej akcji humanitarnej ostatnich dni drugiej
wojny światowej na Bałtyku
Materiał pochodzi z artykułu Aleksego Kazimierczaka "Ostatnie dni okupacji
Gdyni" umieszczonego w Roczniku Gdyńskim 1978/79.
|
|